Śledząc takie dyskusje zawsze mam wrażenie, że panów złodziei się zwyczajnie mitologizuje. Gdyby byli geniuszami, mogliby zarabiać legalnie fortuny naprawiając elektronikę w autach. Każda naprawa na ulicy, w pięć minut, to sobie policzcie. Bez garażu, bez warsztatu, prawie żadnych kosztów.
Ale tak nie ma. Ci panowie działają według wykutych i przećwiczonych schematów. Gdy się im te schematy zaburzy w jakiś sposób, muszą polec. Teraz działają na chińskim sprzęcie. Te słynne "walizki" nie są takie drogie. Ale jak ktoś im szyki pomiesza jakimś nietypowym rozwiązaniem, to nie wierzę, żeby w ciemno "naprawili" takie auto. Chyba, że na pakę.
Czytałem kiedyś o Priusie, który odwiedzał na lawecie warsztaty. Nie mógł "zapalić". W końcu, za którymś razem, po godzinach diagnozowania przez elektryków, okazało się, że coś przegryzło kable. Teraz sobie wyobraźcie, że ktoś w tych samych miejscach zamontował pstryczki. I co, złodziej po ciemku, by się z tym uporał?