Autko naprawione, ale po kolei, bo zrobił się z tego niezły kabaret.
Wstawiłem do mojego mechanika, u którego serwisuje auta od 3 lat, znamy się. Pod koniec dnia dostałem SMSa, że wtryski są zatarte, że pompa stanęła dęba i żebym się szykował na naprawę rzędu 6-8 tys. zł. Coś mnie tknęło, pogadałem z innym mechanikiem (jeden mojego Ojca, drugi mojego Ojczyma), i każdy powiedział, żeby jak najszybciej zabierać auto, bo koleś chce mnie ostro oszukać.
Pojechałem następnego dnia, pod pretekstem że skoro to taka naprawa, to mnie na nią nie będzie stać, oczywiście mój "znajomy" mechanik mówił, że nie ma problemu, że auto może u niego stać nawet i ileś miesięcy, na luzie, ale podjechałem lawetą i zabrałem auto - co ciekawe, Toyotka stała dokładnie tak samo, jak ją zostawiłem poprzedniego dnia - dokumenty leżały w środku, nic nie było ruszone, auto nie przemieściło się nawet o centymetr - czyli zdiagnozował wtryski i pompę wysokiego ciśnienia bez dotykania auta.
Finalnie auto odholowałem do mechanika mojego Ojczyma, 1,5 godzinki roboty, wypompowanie benzyny, zmieniony filtr paliwa, przepłukane przewody, dolany jakiś specyfik - auto działa świetnie. Zostanie jeszcze dłużej, bo mechanik powiedział, że jest jakieś brzęczenie w alternatorze i że warto byłoby to sprawdzić.
Jestem w lekkim szoku, że ktoś, kto teoretycznie jest znajomym mechanikiem chciał mnie tak po prostu wydoić na tyle tysięcy złotych, gdzie on by tylko wypompował tę benzynę, zalał ropą, przepłukał i by wziął za to 8 tys. zł. Morał z tego taki - nie ma czegoś takiego, jak zaufany mechanik.