(Dotyczy Yarisa HSD, ale to krewniaczka starszych Priusów, więc się tu nada)
* * *
Po 4 dniach postoju Yarisa okazało się, że niespodziewanie zmarł akumulator 12V. Cóż, taka była konsekwencja pozostawienia niedomkniętej klapy bagażnika. :X Nie zostało ani grama prądu. Null. Po podpięciu klem ładowarka nawet nie zapaliła diody potwierdzającej, że plus i minus nie są pomylone. Zupełnie jakbym przypiął klemy do doniczki z paprotką. :D
Po kilkudziesięciu sekundach martwej ciszy – Alleluja! - resuscytacja przyniosła nieśmiałe oznaki życia. Ładowanie ruszyło. Po kilkunastu godzinach miziania delikatnym prądem 2-2,5 A Yaris obudził się do życia normalnie. Błędów brak. Radio nie zgubiło zapamiętanych stacji. Tylko intensywność podświetlenia wskaźników wróciła do domyślnego poziomu średniego. 9-letni akumulator 12V żyje i nawet trzyma prąd.
O dziwo, po pierwszych jazdach zorientowałem się, że... Yaris zużywa teraz 0,3 litra mniej benzyny. Niby niewiele, ale to całe 8-10% mniej. Te same trasy, opony i ciśnienie powietrza, źródło paliwa, ten sam kierowca, styl jazdy, zbliżone temperatury zewnętrzne.
Wygląda, że wielogodzinne odcięcie od 12V pozytywnie zresetowało mapę wtrysku-zapłonu. Przypuszczam, że wyczyściła się z drobnych błędów i miażdżycowych złogów, które mogły się uzbierać przez ponad 100 tys. km tylko u mnie. Znamienne, że pierwszy idle-check po black-oucie zrobiła w innym stylu niż zwykle, operując na poziomie 930-960 obr/min, zamiast 980-1030 obr/min. Będę obserwować dalej!