Witam,
Jeżdżąc od niedawna T22 D4D, zauważyłem dziwną prawidłowość (a raczej jej brak) w nagrzewaniu się silnika. Właściwie to chodzi bardziej o moment, kiedy silnik schodzi z podwyższonych obrotów - trwa to podejrzanie długo i w sumie jest mało przewidywalne. Oczywiście mam świadomość, że diesel, zwłaszcza przy takich temperaturach powietrza, jak w ostatnich 2 miesiącach, potrzebuje trochę czasu na rozgrzanie. Rzecz w tym, że silnik schodzi z podwyższonych obrotów praktycznie dopiero wtedy, kiedy wskazówka temperatury jest już pośrodku - czyli przy całkowitym nagrzaniu. Inaczej mówiąc - z ogrzewania dawno już leci ciepłe powietrze, silnik chodzi cichutko, zupełnie inaczej niż zaraz po odpaleniu, a więc jest już raczej dobrze nagrzany, a komputer ciągle serwuje mu jak wściekły 1200 obr./min. (o ile nie wyłączę nawiewu). Dla odmiany, kiedy ostatnio zdarzył się nieco cieplejszy dzień (powyżej 10 stopni), silnik uspokoił się błyskawicznie, tzn. kiedy wskazówka temperatury ledwo oderwała się od dołu skali.
Mam więc klasyczne pytanie - czy po prostu "Ten-Typ-Tak-Ma"??? Czy może powinienem się zainteresować np. czujnikiem temperatury bloku silnika? Wiem, że może trochę za dużo wymagam od niemal 5-letniego samochodu, ale może da się coś zrobić, żebym nie musiał wybierać: zimno w kabinie albo spokój podczas postoju na skrzyżowaniu (nie wspomnę już o zużyciu paliwa w korkach - chociaż pewnie niewiele to zmienia).
Pozdro,
Marek