W sobotę sobie spokojnie hulałem samochodem. Zaparkowałem i poszedłem do domu. Rano w niedzielę ruszyłem, jadę i coś samochód szarpie i a pod maską tyka. Miałem do przejechania niecały kilometr do dojechałem, otworzyłem maskę a tam takie kwiatki





I jeden z kabli był poza tą wypustką z puszki (w sensie spadł czy co). I teraz pytanie - gryzonie, jakaś usterka, złodziej czy co? Mógłbym przypuszczać, że coś z napięciem nie tak, bo czasami samochód przy wysiadaniu, gdy się dotknie drzwi, przeskakuje iskra (co mocno wkurza moją żonę), ale kable nie są przetopione, ale jakby poszarpane. Prąd chyba tak nie robi... (zresztą ja to kopanie zwalam raczej na otarcie się rąk o tapicerkę, fotele i takie tam, gdzie człowiek się sam elektryzuje... a może nie mam racji?)
I powiedziałbym, że jakaś kuna czy co, ale dlaczego podejrzewam złodzieja? Bo może mu nie chciał samochód na immobilizerze odpalić i męczył się jakoś z kablami? Zresztą kuna/szczur by tam wlazła? I po cholere?...
Jakieś pomysły, sugestie?
PS: Oczywiście po założeniu kabla na wypustkę z puszki (sorry, ale nie mam bladego pojęcia jak to się nazywa), samochód chodzi jak wcześniej.