Assistance zawsze odpala go z kabli i nie chcą nawet słyszeć o zabieraniu samochodu na lawecie - niezależnie od tego czy dyskutuję z "laweciarzem" czy z faktycznym assistance Toyoty. Według nich problem wynika wyłącznie z braku naładowania akumulatora, który zostaje przecież "naprawiony" poprzez podłączenie kablami do innego pojazdu. Ostatnim razem stwierdzili, że zadzwoni do mnie jakiś ekspert od spraw technicznych no i faktycznie zadzwonił i kazał przejechać 40 km samochodem z "choinką" na desce rozdzielczej celem likwidacji błędów i naładowania akumulatora. Poinformowałem gościa, że chyba niezbyt ma duże pojęcie o tym co mówi, ponieważ już sam się przekonałem, że akumulator w moim egzemplarzu po przejechaniu nawet 400 km zostaje jeszcze bardziej rozładowany. Uwierz mi, że mocno trzeba się z nimi kłócić, żeby w ogóle chcieli zabrać ten samochód. To jest jakaś patologia i tak jak piszesz niezła udręka. Wszystkie tego typu sytuacje nagrywam i dokumentuję, bo kompletnie im nie ufam. Kopii zlecenia gwarancyjnego mi nigdy nie wydają.
P.S. Miałem 10-letni samochód, który mnie nie zawodził i byłem z niego bardzo zadowolony, ale zachciało mi się raz w życiu kupić sobie coś nowego i porządnego (Toyota). No to mam za swoje.