Jeśli się nie potrafi walczyć o swoje prawa to tak to właśnie wygląda...
Jako konsument można naprawdę wiele zdziałać ale trzeba chcieć.
Pytanie jeszcze ile czasu taka walka zajmuje i jak bardzo jest się pod ścianą. Podam przykład z nieco innej beczki: otóż latem musiałem skorzystać z assistance we Włoszech (wykupiony profilaktycznie najdroższy pakiet u ubezpieczyciela) i tak:
- miało być 500km holowania - było 7km, bo "Włosi nie holują po godz. 18",
- miało być auto zastępcze podstawione pod nos lub mieli mnie dowieźć taksówką na ich koszt do wypożyczalni - sam brałem taksówkę i musiałem wyskoczyć z ręki z 200EUR, bo przez 15 godzin assistance nie było w stanie niczego załatwić,
- auto zastępcze miało być klasy minimum D - dostałem najpierw Yarisa, a po awanturze Mokkę, a to za cholerę nie są auta wielkości klasy D.
I jeszcze kilka rzeczy się posypało po drodze, o których szkoda już gadać. Oczywiście mogłem robić chryję o wszystko, bo i wszystko było spieprzone, ale miałem zepsute auto w kraju, w którym nikt nie umie mówić w języku innym niż włoski, dwójkę nie za dużych dzieci na pokładzie oraz w cholerę bagaży. Assistance na wszystko mówiło "ok, ok, już się robi" i nie robili nic, bo wiedzieli, że znajduję się 2000km od nich. Więc co z tego, że miałem rację, jak czas leciał, a wakacje uciekały. Gdybym nie wziął spraw we własne ręce, to pewnie jeszcze bym do dziś sterczał na autostradzie.
Wiem, że sytuacja trochę inna, ale prawa można mieć, a i tak niewiele to da, bo sprzedawca może lecieć w kulki.
Podobnie w sprawie kolegi - kasa wyłożona w znacznej mierze, leasing leci, ubezpieczenie zapłacone, a auta nie ma. Jak będą je naprawiać, to kolejne tygodnie polecą. Zapewne naprawę wycenią na max 1500zł (bo przecież oni płacą, to dlatego tak tanio). I co teraz - do sądu ktoś pójdzie dziobać się o 1500zł? Adwokat na start zwinie minimum kilkaset zł (za darmo przecież nie będzie robił), potem trzeba za biegłego wyłożyć (pewnie 500-2000zł zależnie od szczęścia) i modlić się, żeby sędzia miał odrobinę oleju w głowie, co niestety nie jest w sądach powszechne. Dealer o tym doskonale wie. Sprawa oczywiście do wygrania... zapewne po 2 latach szarpaniny.
Można potem pozwać o straty finansowe, utracone korzyści itp., ale sądy na rzeczy "mniej namacalne" przychylnie nie patrzą i wiele zależy znów od biegłego, a z tym jest po prostu dramat, bo biegłym w naszym kraju może zostać nawet największa sierota intelektualna (oczywiście są też biegli, którzy się znają na robocie, ale w praktyce nie wiadomo na kogo się trafi).
Tym samym większość osób odpuszcza szarpanie się nawet o kilka tysięcy złotych, bo szkoda im na to czasu. Oczywiście nie pochwalam odpuszczania, bo takie sprawy trzeba piętnować i tępić, ale w warunkach polskich (nie wiem jak jest w innych krajach) to droga przez mękę.